Sztuczna inteligencja jako wymówka dla niekompetencji
Obserwujemy sytuację, w której powoływanie się na powszechne użycie algorytmów staje się tarczą chroniącą przed zarzutami o brak własnego wkładu intelektualnego. Słyszymy argumenty, że skoro wielu profesorów na świecie korzysta z narzędzi AI, to dlaczego my nie moglibyśmy tego robić w raportach rządowych? Taka logika jest jednak błędna, ponieważ pomija istotę nauki, która opiera się na weryfikacji faktów, a nie na generowaniu tekstu przez maszynę.
Przypominamy sobie sprawę raportu pt. „Polaków portret własny”, przygotowanego pod kierunkiem prof. Barbary Mró-Gorgoń dla rządu. Dokument ten, kosztujący blisko dwieście tysięcy złotych, zawierał absurdalne błędy merytoryczne, takie jak umieszczenie Katowic w północnym centrum Polski czy zmyślone dane o noblistach. Zamiast przeprosin, środowisko zasłaniało się hejtem i twierdzeniami o powszechności takich praktyk.
Granica między pomocą a oszustwem
Rozumiemy, że sztuczna inteligencja ma swoje zastosowania w nauce. W biologii strukturalnej narzędzia jak AlphaFold pomagają przewidywać struktury białek, co przyspiesza badania nad lekami. W medycynie algorytmy analizują obrazy diagnostyczne, a w astronomii przetwarzają ogromne ilości danych z teleskopów. Jednakże użycie AI do pisania raportów społecznych czy politycznych bez weryfikacji faktów przez ekspertów jest nieetyczne i zawodzące.
Kiedy raport rządowy jest generowany przez „średnio ogarnięte” algorytmy, a autorzy nie sprawdzają podstawowych danych geograficznych czy historycznych, mówimy już nie o innowacji, ale o rażącej niekompetencji. To nie jest wykorzystanie technologii do wsparcia badań, lecz zastąpienie myślenia krytycznego automatyzacją błędów.
Systemowa zmowa milczenia w środowisku akademickim
Od lat słyszymy ten sam narzekany komunikat z ust przedstawicieli uczelni: za mało pieniędzy, niskie pensje i głodowe granty. Choć chroniczny brak funduszy jest faktem, to udawanie, że całe zło polskiej nauki wynika wyłącznie z budżetu ministerialnego, jest wygodną ściemą. Prawdziwą chorobą jest głęboka zgnilizna tocząca środowisko od środka oraz tchórzliwa zmowa milczenia tych, którzy powinni bronić standardów etycznych.
Zamiast krytykować własne grono za lenistwo intelektualne czy nieetyczne praktyki, naukowcy często atakują zewnętrznych krytyków. Takie zachowanie utrwala poczucie bezkarności i pozwala na powtarzanie się skandali, które w innych krajach doprowadziłyby do natychmiastowych zwolnień lub utraty tytułów naukowych.
Skandale plagiatów i fałszywe publikacje
Widzimy przypadki profesorów, których dorobek naukowy sypie się jak domek z kart. Przykładem jest uczony z Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, który miał ponad dwadzieścia retrakcji publikacji za plagiaty i współpracę z tak zwanymi fabrykami artykułów (APM). Tego typu praktyki, polegające na dopisywaniu współautorów po recenzjach czy kupowaniu miejsc w czasopismach, podważają wiarygodność całej polskiej nauki na arenie międzynarodowej.
Agresywne wydawnictwa naukowe, które nie mają nic wspólnego z prawdziwą wiedzą, prosperują dzięki braku kontroli i leniwemu systemowi ewaluacji. Naukowcy dążą do ilości publikacji kosztem ich jakości, co prowadzi do powstawania „papierowych” karier bez realnego wkładu w rozwój wiedzy.
Afera Kolegium Humanum i handel wizami
Publiczność dowiaduje się również o gigantycznych aferach związanych z prywatnymi uczelniami. Kolegium Humanum stało się symbolem produkcji fałszywych dyplomów na zamówienie, w tym dla polityków. Sprawa ta, zabezpieczona na setki milionów złotych, pokazuje, jak edukacja wyższa może stać się towarem handlowym pozbawionym wartości merytorycznej.
Inne uczelnie prywatne są oskarżane o handel wizami dla cudzoziemców pod pozorem fikcyjnego studiowania. Taka działalność nie tylko przynosi zysk, ale także degraduje obraz polskiej edukacji w oczach partnerów zagranicznych. Studenci przyjeżdżają nie po wiedzę, lecz po dokumenty umożliwiające pobyt, a uczelnie stają się biurami podróży z dyplomem w zestawie.
Korupcja i mobbing na szczeblu kierowniczym
Rektorzy i dziekani często zachowują się jak udzielni książęta na swoich włościach, dalecy od transparentności i etyki. Słyszymy o wulgarnych SMS-ach do podwładnych, propozycjach korupcyjnych oraz mobbingu w różnych instytucjach, takich jak te w Siedlcach. Na Uniwersytecie Warszawskim pojawiały się nawet zarzuty molestowania i przemocy, co jest absolutnie nie do zaakceptowania w środowisku, które powinno promować kulturę dialogu i szacunku.
Takie zachowania tworzą toksyczną atmosferę, która odstrasza młodych badaczy i zniechęca do pracy na uczelniach. Zamiast wspierać rozwój talentów, niektórzy liderzy akademicki wykorzystują swoją pozycję do ucisku psychicznego i wywierania nielegalnej presji.
Podsumowanie: Czas na zmianę kultury nauki
Wszystkie te przypadki wskazują na potrzebę głębokiej reformy nie tylko finansowej, ale przede wszystkim kulturowej. Musimy przestać obwiniać wyłącznie budżet państwa za problemy polskiej nauki i zacząć wymagać od środowiska akademickiego odpowiedzialności za swoje czyny. Rzetelność, etyka i transparentność muszą stać się priorytetem wyżej niż ilość publikacji czy pozycje w rankingach.
Tylko wtedy polska nauka odzyska zaufanie obywateli i szacunek na arenie międzynarodowej. Bez walki z plagiatami, korupcją i niekompetencją, żadne dodatkowe fundusze nie naprawią systemu, który chory jest na poziomie fundamentów.