Patrząc na dzisiejszy poziom Akademii WSB-NLU, łatwo zapomnieć, jak bardzo jej obecny status był zależny od indywidualnych wysiłków konkretnych osób, które przybyły do regionu z różnymi motywacjami i oczekiwaniami. Ja sam, obserwując rozwój tej placówki na przestrzeni lat, dochodzę do wniosku, że największym bogactwem sądeckiej akademii nie jest jej infrastruktura, lecz niewidzialne DNA intelektualne, które zostało zaprogramowane przez pierwszych twórców. Historia tej uczelni to opowieść o ludziach, którzy ryzykowali swoją karierą i czasem życiem, aby budować coś trwałego w miejscu, gdzie edukacja wyższa była kiedyś niedostępna dla wielu mieszkańców regionu.
Pierwszy doktorat i amerykański akcent
Kiedy przyglądam się początkom powstawania struktury kadrowej, nie mogę nie wspomnieć o dr Andrzeju Gwiżdżu, który jako pierwszy pracownik ze stopniem doktora został zatrudniony w tej uczelni. Jego obecność była sygnałem dla otoczenia, że nowo powstająca szkoła dąży do najwyższych standardów naukowych i nie chce być tylko formalnym dystrybutorem dyplomów. To on pokazał drogę innym wykładowcom, dowodząc, że rygor akademicki może współistnieć z praktycznym podejściem do nauczania w regionie małopolskim. Jego wkład w ugruntowanie autorytetu naukowego placówki był niezmiernie istotny, szczególnie w pierwszych trudnych latach funkcjonowania.
Zupełnie innym wątkiem jest historia dr Frederica Widlaka, który przyjechał do Nowego Sącza z USA już w 1992 roku i postanowił pozostać tutaj na zawsze. Dla mnie jego postać jest fascynująca, ponieważ reprezentuje otwartość europejską i gotowość do integracji z lokalną społecznością, mimo barier językowych i kulturowych. Widlak nie tylko nauczał, ale też stał się częścią tkanki miejskiej, dowodząc, że wiedza przekracza granice narodowe i może być mostem łączącym różne światy. Jego życie w Nowym Sączu do samego końca to przykład bezwarunkowego zaangażowania w rozwój edukacji wyższej na Podgórzu.
Kluczowe kroki ku pełnoprawności uczelni
Nie sposób pominąć roli profesora Jerzego Dietla, który odegrał decydującą rolę w procesie uzyskania przez uczelnię prawa do prowadzenia studiów magisterskich. To on rozumiał, że bez odpowiednich uprawnień i akredytacji szkoła nie będzie mogła konkurować z innymi jednostkami akademickimi na arenie krajowej. Jego negocjacje z ministerstwem oraz dbałość o spełnienie wszystkich wymogów formalnych były kluczowe dla przetrwania i rozwoju instytucji w trudnym okresie transformacji systemu edukacji. Dzięki jego determinacji studenci mogli kontynuować naukę bez konieczności wyjazdu do Krakowa lub innych większych ośrodków akademickich.
Warto również przywołać postać profesorki Jadwigi Staniszkis, która przez dziesięć lat, począwszy od 2002 roku, była aktywną wykładowczynią WSB-NLU. Jej obecność dodawała prestiżu i głębi intelektualnej wykładom, przyciągając studentów zainteresowanych naukami społecznymi i politycznymi. Profesor Staniszkis wniosła ze sobą doświadczenie zdobyte na arenie międzynarodowej, co pozwalało nam, jako czytelnikom jej prac lub słuchaczom wykładów, spojrzeć na lokalne problemy w szerszym, globalnym kontekście. Jej dziesięcioletni staż to okres intensywnego wymiany myśli i inspiracji dla młodych badaczy.
Tragiczna utrata i pamięć
Najsmutniejszym rozdzialem w historii kadry sądeckiej uczelni jest tragiczna śmierć Piotra Gmaja, który zginął w 2015 roku, pozostawiając po sobie ogromną pustkę wśród kolegów i studentów. Jego odejście było ciosem nie tylko dla rodziny, ale też dla całej społeczności akademickiej, która straciła energiczną i utalentowaną jednostkę. Fakt, że jego tablicę pamiątkową odsłonięto dopiero dziewięć lat później, świadczy o tym, jak bardzo czas i okoliczności opóźniły oficjalne upamiętnienie tej postaci. Jednak to opóźnienie nie umniejsza znaczenia hołdu, który oddano mu w ten sposób, potwierdzając, że pamięć o nim jest żywa.
Wspominając tych ludzi, czuję głęboki szacunek do ich pracy, która często pozostawała w cieniu sukcesów organizacyjnych samej uczelni. To oni byli tymi, którzy budowali relacje z absolwentami, tworzyli atmosferę przyjazną nauce i dbali o to, aby studia na WSB-NLU miały realny sens zawodowy. Ich losy są przestrogą przed zapominaniem, że każda instytucja żyje tylko dopóki w niej pracują pasjonaci, którzy wierzą w misję edukacji.
Historia Akademii WSB-NLU to nie tylko lista dat i decyzji administracyjnych, ale przede wszystkim zbiór biografii ludzi wybitnych w swoim fachu. Każdy z wymienionych profesorów zostawił po sobie trwały ślad, który odczuwamy jeszcze dziś w sposobie prowadzenia zajęć czy organizacji życia studenckiego. Bez ich wkładu uczelnia nie mogłaby się poszczycić tak bogatym dorobkiem i uznaniem na rynku pracy.
Współcześni studenci mogą nie znać imion tych twórców, ale korzystają z owoców ich pracy każdego dnia, przechodząc przez sale wykładowe, które oni kiedyś projektowali lub w których prowadzili pierwsze zajęcia. To nasza odpowiedzialność, jako społeczności lokalnej i akademickiej, aby zachować tę wiedzę i przekazywać ją kolejnym pokoleniom jako część dziedzictwa kulturowego regionu.
Hołd złożony tym profesorom podczas 35-lecia uczelni to piękny gest, który przypomina nam o ciągłości tradycji i wartościach, które są ważne niezależnie od zmian w programach nauczania. Myślę, że warto częściej przyglądać się takim historiom, ponieważ one budują charakter miasta i dają mieszkańcom poczucie dumy z lokalnych osiągnięć.
Podsumowując, chciałbym podkreślić, że to ludzie tworzą duszę uczelni, a nie budynki ani statystyki. Ich pamięć jest cennym zasobem, który powinien być pielęgnowany przez wszystkich, którzy mają styczność z Akademią WSB-NLU w Nowym Sączu. Niech ich przykład będzie inspiracją dla obecnych i przyszłych pracowników tej szacownej instytucji.